Mamy Stare Miasto, ale go nie chcemy

Mamy Stare Miasto, ale go nie chcemy
Przepraszam, gdzie w Łodzi znajduje się Stare Miasto? Pytanie niby banalne, a jednak w odpowiedzi widać jedynie głupi wyraz twarzy. Dlaczego? Ponieważ wielu mieszkańców Łodzi albo nie potrafi wskazać właściwej lokalizacji, albo twierdzi, że Łódź nie ma Starego Miasta.

Fizycznie ta przestrzeń oczywiście istnieje, i choć zajmuje spory fragment miasta, to jednak z naszej świadomości jest kompletnie wyparta. Jasne, że nic nie dzieje się przypadkiem – historia i towarzyszące jej wydarzenia zdeterminowały pewne decyzje, od których dziś ciężko się odwołać, ale podobno nie ma rzeczy niemożliwych. Czy można przywrócić tę przestrzeń do życia, komunia Zbąszyń i czy Łodzi w ogóle potrzebne jest Stare Miasto?

Szukając analogii

Kiedyś chciałam zamieszkać w Krakowie. Bywam tam coraz rzadziej, ale zauważyłam pewną prawidłowość – przy każdej kolejnej wizycie schemat jest nieco podobny tzn. popołudniami odkrywamy to co nieodkryte w centrum, natomiast wieczory spędzamy na Kazimierzu, bezdyskusyjnie. Przez wiele lat Kazimierz był miejscem opuszczonym, kojarzonym z ruderami, podobnie jak łódzki Stary Rynek i okolica. Jednak po roku ’89, dzięki wielu imprezom (m.in. Festiwalowi Kultury Żydowskiej) przestrzeń ta zaczęła rozkwitać. Dziś jest sercem nocnego życia Krakowa oraz miejscem, które odwiedza się równie obowiązkowo, co Rynek Główny. Łódzka starówka ma na swoim koncie kawał historii – od czasów świetności, przez Litzmanstadt Getto, po dzisiejszy marazm. Gdzie się podział genius loci tego miejsca?

Łódzkie Stare Miasto

Wszystko zaczęło się oczywiście od małej średniowiecznej osady, po której pozostał dzisiejszy kwadratowy rynek oraz pobliski plac Kościelny. Oryginalnie była to jedna przestrzeń, którą później przedzielono kwartałem zabudowy. W 1821 roku nastąpiły poważne zmiany, wytyczono plan Nowego Miasta, pomyślanego jako ośrodek rozwoju tkactwa. Na południe od Starego Rynku powstała więc nowa zabudowa, której punktem centralnym stał się charakterystyczny ośmioboczny plac, nazywany wówczas Nowym Rynkiem, na którym przecinały się główne szlaki komunikacyjne (chodzi oczywiście o Plac Wolności, a właściwie o jedno wielkie rondo, jakim jest dziś). Osią rozbudowanego ośrodka stał się biegnący w linii północ-południe trakt piotrkowski. W tym okresie Stare Miasto stało się synonimem miejsca zamieszkiwanego przez ubogą ludność żydowską, a w czasie wojny był to teren włączony do łódzkiego getta. Czyli, w przeciwieństwie do większości polskich miast, Łódź nie oparła swojego dynamicznego XIX-wiecznego rozwoju na istniejącym Starym Mieście, lecz zbudowała swoją przyszłość od nowa. Dziś, mimo, że Stare Miasto zajmuje znaczną część w centrum, jest zapomniane i zaniedbane. Pytania: „dlaczego?” i „co zrobić?” padły w tej kwestii nie jeden raz i pewnie jeszcze nie jeden raz padną. Pierwszym miejscem, w które się udaję jest oczywiście nieszczęsny Stary Rynek. Swoją siedzibę ma tu Stowarzyszenie Przyjaciół Starego Miasta. Niestety przyszłam za późno – zamknięte. Miejsce wygląda ponuro, ale to wrażenie wzmaga pogoda. Zza zakratowanych szyb widać broszury informacyjne i książki o Łodzi. Przechodzi mi przez głowę myśl, że może to miejsce jest już permanentnie zamknięte. Obok jest pub, wchodzę tam i pytam właściciela, czy wie coś na temat działalności Stowarzyszenia. Okazuje się, że dobrze zna jego członków, oferuje, że zadzwoni. Dzięki jego uprzejmości mam pewność, że godziny otwarcia nie uległy zmianie, no i, że w ogóle to miejsce jeszcze funkcjonuje. Mam przyjść jutro.

To miejsce nie ma potencjału

Jestem na miejscu ok. 14.00. Otwieram potężne drzwi i moim oczom ukazuje się szerokie wnętrze. 1/2 jego szerokości zajmuje stół, za nim znajdują się półki z publikacjami nt. Łodzi. Zastaję tam Annę Jaros (aktorka, promotorka kultury, działaczka społeczna – członkini Rady Osiedla Bałuty-Doły, współzałożycielka Stowarzyszenia). Rozmowa przybiera niezwykle emocjonalny charakter… – Kiedyś witaliśmy Nowy Rok w sporym gronie. W rodzinnej atmosferze robiliśmy śledzie po żydowsku, bardzo wiele osób znało przepisy od samych, mieszkających tu dawniej, pań Żydówek. W tym roku było inaczej. Wyszłam o godzinie 24.00, a na placu nie było praktycznie nikogo. W ciągu całej swojej działalności doświadczyłam wielu przykrych sytuacji. Na przykład 2 lata temu, kiedy byłam akurat na dyżurze, przyjechała wycieczka Czechów – szli szlakiem żydowskim, więc po drodze mieli również nas. Zapytali mnie, gdzie jest Stare Miasto w Łodzi, wyszłam z nimi przed budynek i pokazałam, zaczęli się śmiać. Zapada chwila ciszy, w głosie mojej rozmówczyni daje się wyczuć rozżalenie. – Proszę zwrócić uwagę na budynki, które otaczają ten plac. Mają ogromne, piękne poddasza. Zimą jest tam ciepło, więc proponowałam, żeby zamieszkali na nich młodzi artyści. Zawsze wpadłby jakiś grosz do miasta… Miasto jednak nie chce wykorzystać tych przestrzeni. Zapytałam, czy przychodzą tu ludzie. – W tym miejscu brakuje ruchu. Mamy tu niby Galerię Bałucką, ale mało kto ją odwiedza. Do nas jeszcze od czasu do czasu przychodzą wycieczki, ponieważ przy okazji prowadzimy punkt informacyjny. Od śmierci pierwszego założyciela stowarzyszenia, działamy tak samo. Robimy spotkania na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Przychodzą tutaj osoby starsze i oczywiście bezdomni. Szukamy sponsorów, organizujemy catering, staramy się, żeby każdy coś dostał, przynajmniej jakiś drobiazg. Ludzie wychodzą szczęśliwi, ale jest ich coraz więcej, a nas po prostu na to nie stać. Przy tym stole może zasiąść 30 osób, więc robimy dwie tury i na tym koniec, ponieważ na tyle pozwalają nam środki finansowe. To jest bardzo przykre… Zawsze organizujemy wigilię 24 grudnia od rana, później idziemy do swoich domów. Jak władze miasta wspierają działalność Stowarzyszenia? Śmieszność tego pytania uświadomiłam sobie dopiero po uzyskaniu odpowiedzi. – 3 lata temu poprosiłam kolegów z teatru Pinokio, żeby zagrali na Starym Rynku parę przedstawień w kilka kolejnych niedziel. To były naprawdę niewielkie pieniądze. Dzieci, które nie wyjechały na wakacje przychodziły tu, na plac Starego Miasta, oglądały przedstawienie, uczyły się jak trenować psy, brały udział w różnych zabawach. Napisałam więc podanie o dotację na tzw. imprezy plenerowe, żeby na jednym razie nie poprzestać. Miasto nie dało nam tej dotacji, choć pisałam o nią prośby parę lat z rzędu. Odpowiedź zawsze była negatywna, ale bez uzasadnienia. A szkoda, bo Bałuty są bardzo biedną dzielnicą, zresztą wystarczy wyjść i popatrzeć. Dzieci stąd nie wyjeżdżają nigdzie. Po chwili ciszy słyszę – przynajmniej mogłyby się znaleźć tutaj ławki, byłoby wygodniej ludziom starszym, którzy tu przychodzą. Co drugi piątek miesiąca stowarzyszenie organizuje spotkania, których tematem jest stara i nowa Łódź. – Bardzo często przychodzą tu studenci z przygotowanymi prezentacjami i filmami. Na terenie rynku kilka osób prowadzi swoje działalności, klientów nie ma, a czynsz trzeba zapłacić. My robimy po prostu składkę. Ciężko tu utrzymać lokal, tym bardziej, że ostatnio pani prezydent wliczyła do czynszu okna wystawowe, jako przestrzeń użytkową. Wszystkim nam podniosła czynsze. W zasadzie można byłoby teraz przytoczyć obietnice przedwyborcze pani Zdanowskiej, która mówiła, że wszelkie fundacje, stowarzyszenia czy działacze społeczni będą mieli zmniejszone czynsze. Co roku piszemy prośbę, popartą naszą działalnością i nic z tego. Czynsz wynosi tutaj ok 1 700 zł, a jeszcze jest światło, internet, telefon… Okazuje się, że jest tutaj wspólnota mieszkaniowa… – Ale ona nie ma funduszy. Mieszkańców jest tu może ze 30, a część z zajmowanych przez nich mieszkań jest komunalna, mało kogo było stać na ich wykupienie. W tych mieszkaniach czynszowych żyją starsi, ubodzy ludzie. Weźmy chociaż tę kamienicę, która znajduje się na rogu obok. Ona jest starsza od Starego Rynku. Jakiś czas temu została wyremontowana przez Miasto, ale ten remont można po prostu wyśmiać. Co znaczy dla Pani remont starej kamienicy? – …od podstaw. – No właśnie, a tam nie ma ogrzewania centralnego, pali się węglem, drewnem czy czymkolwiek, toalety są praktycznie na zewnątrz. Odnowiono tylko elewację, ale czynsze są podniesione. Nie można tak robić. Jeżeli taka emerytka w tej kamienicy ma 800 zł emerytury, a tyle kosztuje teraz czynsz, to z czego… My teraz jako wspólnota odnawiamy dach, tzn. stopniowo – wzięliśmy milion zł. pożyczki, składamy się na jej spłatę. Dachy są stare i przeciekają. Kiedyś w tych piwnicach ciągle stała woda – rzeka Łódka wybijała, administracja nie zrobiła niczego, żeby tym ludziom pomóc, mimo, że płacili oni naprawdę duże pieniądze. Urząd Miasta nie chce nam pomóc, byliśmy na 3 spotkaniach, pani Zdanowska milczała, mówił Pan Janiak – że tu jest martwo, i że to miejsce nie ma potencjału. Na początku tamtego roku przysłał pismo, że tutaj w Parku Staromiejskim postawi balon, do którego będzie można wejść i unieść się ponad 60 m w górę, obejrzeć panoramę miasta. Niekoniecznie musiałoby to od razu nadawać miejscu określony kierunek… W każdym razie ta konstrukcja była atrakcyjna. Myślę, że przyciągnęłaby ludzi. No i oczywiście mamy balon. Można powiedzieć raczej, że nas zrobiono w balona. Moja rozmówczyni proponuje mi spotkanie z Łucją Robak, prezesem Stowarzyszenia. Spotkanie odbywa się jeszcze tego samego dnia wieczorem.

10 lat temu…

– Stowarzyszenie powstało 10 lat temu i tak naprawdę zostało założone przez ludzi, którzy – jak się dziś okazuje – byli nadmiernymi optymistami, ponieważ wydawało im się, że możliwe jest przekonanie władzy, i nie tylko jej, że Stary Rynek i okolica są warte zainteresowania. Warte tego, żeby miasto się postarało mieć starówkę jak wszystkie inne miasta w Polsce. Jest to w końcu plac miejski, stanowi własność miasta, ma przestrzeń pustą, czyli jest niejako stworzony do bycia jakimś elementem rekreacji, innej niż w Manufakturze, czyli nie handlowo-komercyjnej. Miejscem dla ludzi, którzy przyszli odpocząć od całego zgiełku, w spokoju porozmawiać. Nawet przyszło mi do głowy, że gdyby między nami a miastem były dobre układy, to można by tu otworzyć czytelnię gazet łódzkich. Wszyscy narzekają, że czytelnictwo spada, że ludzie coraz rzadziej sięgają po lekturę, jakby zupełnie nie biorąc pod uwagę aspektu zubożenia społeczeństwa. Pierwszą rzeczą z której rezygnują ludzie niemający dostatecznych funduszy, są właśnie zakupy tego typu, czyli książki, czasopisma. Myślę więc, że taki punkt by się przydał. Oczywiście to wymaga chęci, przemyślenia funkcji tego placu, zlikwidowania, bądź przerobienia tych paskudnych trawników, które zresztą od wiosny do jesieni są zaniedbane, bo generalnie rzecz biorąc rzadko kiedy ktoś je kosi, rzadko kiedy w ogóle coś tu się robi. Te murki są wyrywane, bo to jest ładna klinkierowa cegła, więc też się komuś może przydać… Nikt nie interweniuje w to wszystko. Jednym słowem jest to plac pusty i zaniedbany… Proszę zobaczyć, że organizację tegorocznego sylwestra wygrał Plac Dąbrowskiego, chociaż mnie osobiście to szalenie dziwi, szalenie, bo na Placu Dąbrowskiego, przy całej jego urodzie i wątpliwej, bądź nie, urodzie fontanny, jest po prostu mało miejsca. Natomiast tutaj jest miejsce, można z powodzeniem organizować tu obchody powstania styczniowego, listopadowego, urodziny Łodzi, letni teatrzyk dla dzieci i szereg innych imprez, ale musi być ktoś, komu będzie się chciało to robić. Myśleliśmy, że my jako stowarzyszenie dostaniemy od miasta i pozwolenie, i pieniądze na organizację, ale tak się nie stało. Niejednokrotnie braliśmy udział w jakichś konkursach, występowaliśmy o granty, ale zawsze nam odmawiano, choć zazwyczaj nikt nie ma w zwyczaju nam wytłumaczyć, dlaczego nasze projekty nie są dostatecznie dobre. Odpowiedź brzmi: „nie, bo nie”. A pomysły były naprawdę różne, np. ta współpraca z Arlekinem – teatrzyki dla dzieci, nazywało się to „Lato z mamą i tatą ”. Na takie występy raz w tygodniu nie była potrzebna duża kwota, artyści też byli zadowoleni, bo teatr w okresie letnim jest zamknięty. Przez 2 lata organizowaliśmy coś takiego, ale niestety nie zyskało to aprobaty, nawet usłyszałam od jednego z ważnych urzędników łódzkiego Magistratu, że nie są to działania promujące Łódź. Działania promujące Łódź, to np. targi we Frankfurcie, staram się to zrozumieć, ale naprawdę należałoby sprawiedliwie pomyśleć o wyjściu do ludzi, którzy żyją tu i teraz…