Postawiłem firmę na nogi!

MAREK JERZAK: „Company doctor” to człowiek który potrafi uzdrowić firmę znajdującą się nawet w tragicznej sytuacji. Tak właśnie nazywa się Pana. Najpierw postawił Pan na nogi Agros, potem trafił Pan do Mieszka. Jak do tego doszło?

MAREK MOCZULSKI: W Mieszku sytuacja była fatalna. Jej bankructwo było kwestią 2-3 miesięcy, choć gdyby nie fakt, że sprytnie lawirowano między terminami płatności, stałoby się to wcześniej. Firma miała ponad 100 mln zł zadłużenia bankowego. Nie regulowano zobowiązań wobec dostawców. Ja w tym czasie kończyłem współpracę z firmą Agros Fortuna, którą po okresie ciężkiej pracy udało się postawić na nogi. W tym samym czasie dostałem kilka ofert pracy.

Ale wybrał Pan Mieszka...
Zgadza się. Mimo, że firmę znałem w zasadzie tylko z jej interesującego portfela produktowego. Tę propozycję zdecydowałem się jednak przyjąć, ponieważ była ona spośród wszystkich innych największym wyzwaniem. Chciałem sprawdzić, czy równie łatwo uda się postawić na nogi firmę znacznie mniejszą od Agrosu.

I udało się. Czy faktycznie było tak ciężko?
Szybko okazało się, że w firmie, która miała obroty na poziomie 150 mln zł, znacznie trudniej znaleźć oszczędności niż w kilkakrotnie większym przedsiębiorstwie, gdzie skala jest zupełnie inna i trzeba się zdecydowanie więcej napracować.

Czy interesował się Pan wcześniej branżą słodyczową?
Nie miałem głębszego rozeznania w tym segmencie. Zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że to bardzo konkurencyjny rynek. Liczba producentów działających na nim jest ogromna. Kiedy w innych segmentach mamy po trzech, czterech graczy, tu ich jest nawet kilkuset. Są wśród nich małe firmy lokalne, ale i potężne światowe koncerny.

I jak w tych realiach odnalazł się Mieszko?
Jesteśmy firmą o polskich korzeniach. Nasi menedżerowie w odróżnieniu od tych pracujących w potężnych koncernach mają szansę pracować w zupełnie inny sposób. Dzięki prostej strukturze firmy mogą na bieżąco reagować na sygnały płynące z rynku. Ważne są tu ich zdolności kreacyjne, dzięki którym zaczynamy być znani jako firma innowacyjna.

Jak wygląda dziś Mieszko po tych kilku latach głębokich zmian?
Jesteśmy numerem jeden na rynku karmelków musujących. Bombonierka Amoretta, jak wynika z badań ACNieslen, w 2006 r. okazała się najlepiej wprowadzonym na rynek produktem. Wiśnie w likierze Cherrissimo otrzymały właśnie tytuł „Juniora Eksportu Produktów Żywnościowych 2007”, a wielkość eksportu tego produktu w ciągu roku wzrosła aż o 100 proc. Mieszko dziś to już zupełnie inna firma. To nowoczesna organizacja. Jeszcze kilka lat temu rozpoznawana była spontanicznie przez jedynie przez 3 proc. konsumentów, teraz przez 15 proc. i aż 70 proc. w badaniu znajomości wspomaganej. Jeszcze lepiej prezentują się tu Zozole. Choć są one stosunkowo młodą marką, wśród dzieci uchodzą już za kultową. Charakteryzują się też ponad 90-procentową znajomością wspomaganą w tej grupie konsumentów.

Jaka jest więc recepta na sukces?
Postanowiliśmy wyszukać segmenty niszowe, do tej pory słabo spenetrowane przez innych i zostać w nich dominującym graczem. W Michaszkach już jesteśmy numerem dwa. Niestety rodzi to również pewne niebezpieczeństwa. Już naśladowane są nasze opakowania. Niepokoi nas to, ale mamy też świadomość, że naśladuje się najlepszych. Opakowania naszych Zozoli ze starannością skopiowano nawet w Chinach. To proste: jesteśmy innowacyjni, dlatego nas kopiują. Decydujemy się na wprowadzenie na rynek nowych, niespotykanych dotąd smaków. Nasza ostatnia nowość to czekoladki o smaku lodów waniliowych z dodatkiem chili, czyli elegancka bombonierka Chocoladorro.

Do kogo adresujecie swoje produkty?
W codziennym życiu jest mnóstwo okazji, w których jemy słodycze. Siedzimy w domu i oglądamy telewizję – wtedy np. jemy Michaszki, w samochodzie jemy orzeźwiające Zozole, a gdy chcemy postawić czekoladki na stole – mamy Mieszankę Rodzinną. A kiedy chcemy wyrazić uczucia lub komuś podziękować – kupujemy bombonierki z segmentu premium. Podstawą jest to, aby zdać sobie sprawę z tego, w jakich okolicznościach jemy słodycze i zaproponować konsumentom produkt, który będzie najbardziej odpowiadał wymaganiom danej sytuacji. My właśnie to robimy. Oferujemy tak szeroką gamę produktów, aby trafić z ofertą praktycznie do każdego.

Na ile ważny dla Mieszka jest eksport?
Czy to faktycznie ważna część biznesu? Z eksportem jest pewien problem. Złotówka zaczyna być bardzo mocna. Jeśli dolar był kilkanaście miesięcy na poziomie 3,15 zł, a teraz ok. 2,70 zł, to coraz trudniej jest konkurować ceną. Mimo to na amerykańskim rynku jesteśmy numerem jeden w polskich hipermarketach. Sytuacja z mocną złotówką przekonuje nas, że warto inwestować w markę produktu - wówczas jego cena staje się mniej istotna. Dzięki temu już teraz jesteśmy mocni w Czechach, ale też w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji czy Hiszpanii...

Czy oprócz wzmacniającej się złotówki widzi Pan jeszcze jakieś inne zagrożenia?
Zagrożenie widzę w „szoku surowcowym”, który dotknął nasz rynek. Wiele składników używanych do produkcji cukierniczej gwałtownie drożeje. Ziarno kakaowe bywa o 40 proc. droższe niż w zeszłym roku. Podobnie jest z tłuszczami, cukrem i mąką.

Czy spowoduje to podwyżkę cen wyrobów cukierniczych?
To nieuniknione, ale będzie ona minimalna i nie powinna przekroczyć 5 proc. Najbardziej ucierpią w tym momencie tanie marki, które albo będą zmuszone do podniesienia cen, albo jeszcze bardziej obniżą swą jakość.

Proszę zdradzić, jakie produkty w najbliższym czasie mają szansę sprzedawać się najlepiej?
Jestem przekonany, że szansę mają produkty premium, tyle że nie te najdroższe. Z drugiej strony widzę przyszłość przed bardzo tanimi markami private label. Dla produktów ze średniej półki, o nieokreślonym profilu klienta, nie widzę długofalowej przyszłości.

Dziękuję za rozmowę